Kiedy kończy się jakiś etap w życiu człowieka, czas na podsumowania, refleksje, wyciągniecie wniosków. To też doskonały moment na wprowadzenie korekt w dotychczasowe funkcjonowanie i czas na wyznaczanie nowych celów.

Kiedy umiera mąż lub żona stajemy przed takim pytaniem: jak żyć, kiedy jestem sam/a?
Śmierć bliskiej osoby zawsze jest przeżyciem głębokim, trudnym i dojmującym. Czasami przychodzi niespodziewanie i zaskakuje nas bardzo, czasami okres choroby i przechodzenia w inny wymiar trwa tak długo, że chcielibyśmy by ten proces już się skończył. Doświadczamy różnych stadiów osamotnienia, poczucia zagubienia i pustki, szczególnie gdy związek trwał długo, a my byliśmy sobie bardzo bliscy. Jeszcze trudniej jest, gdy byliśmy od siebie emocjonalnie, finansowo lub pod innym względem uzależnieni.

Jeśli nasz związek był toksyczny i raniący, możemy poczuć ulgę, że to, czego sam/a nie umiałem/am zakończyć konstruktywnie, dobiegło końca. Bez względu na to, jak było za wspólnego życia, zawsze należy wyciągnąć wnioski z tej lekcji bycia razem, aby nie powtarzać krzywdzących schematów w przyszłych relacjach.

W naszej kulturze nie uczy się, że proces narodzin i umierania jest naturalny, że życie jest wieczne, a w każdym końcu jest nowy początek. Kiedy przychodzi moment rozstania z bliską osobą, trzeba poradzić sobie z emocjami i przejść przez okres żałoby. To czas, który w sposób naturalny skłania nas do wycofania się na pewien okres z aktywnego trybu życia, zamknięcia się w sobie, choćby po to, by wypłakać się, wysmucić, podsumować.

Niezwykle istotne jest, aby następnie przetransformować te uczucia we wdzięczność i docenienie tego, że było nam dane przeżyć razem wspólny czas w miłości. Inaczej możemy utknąć w miejscu rozpaczy i pogrążać się coraz bardziej w poczuciu straty, zamiast stawić się do życia i odnaleźć się już w nowej rzeczywistości.

Chcę zwrócić tu uwagę na ważną kwestię identyfikacji ze stanem wdowieństwa pozostałego przy życiu małżonka. Kiedy zmarł mój mąż, nigdy nie godziłam się na wpis w dokumentach urzędowych, że jestem wdową. Choć wtedy jeszcze nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak bardzo toksyczne jest to określenie. Całą sobą czułam, że nie utożsamiam się z tą rolą i nie zamierzam z „godnością nieść wdowiego garbu”. Taka identyfikacja nadaje piętno, stygmatyzuje. Wraz z nią nadajesz sobie nową, ograniczającą Cię tożsamość, tak jakbyś nie był/a wolną duchową istotą, tylko innym/ą, gorszym/ą, niepełnym/ą. Poczucie tożsamości to nasz kręgosłup, rdzeń i dlatego tak ważne jest, by nie identyfikować się z tym co nam nie służy.

Czas żałoby należy przeżyć do końca w ciszy i wewnętrznym skupieniu. Dać upust wszystkim emocjom z nią związanym: od bólu, smutku i rozpaczy, po żal, złość i wściekłość, że partner nas zostawił, opuścił i teraz jestem sam/a, zupełnie bezradny/a, zagubiony/a, nie wiem, jak dalej funkcjonować.

Kiedy mamy pod opieką małe dzieci, czujemy, że nie możemy sobie pozwolić na przeżycie tego doświadczenia w pełni, przekonani, że naszym obowiązkiem jest, przede wszystkim, dać im więcej wsparcia i opieki, bo straciły najbliższą osobę, a w związku z tym poczucie bezpieczeństwa. Zawsze jednak należy być prawdziwym, szczerym i otwarcie rozmawiać z najbliższymi o swoich uczuciach. Nasi przyjaciele, rodzice lub dorosłe dzieci, potrzebują dać nam czas i uwagę, byśmy mogli się wygadać, wypłakać, wspominać.

Gdy żałoba się wypełni i pogodzimy się z zaistniałą sytuacją przychodzi gotowość, by stanąć na własnych nogach. Bardzo pomocna jest w tym świadomość, że moment i sposób odejścia bliskiej nam osoby jest wyborem duszy. Rozumiejąc to i akceptując, jesteśmy w stanie z zaufaniem pójść dalej drogą swojego życia i nadać jej właściwy kierunek. Dotyczy to wszystkich osób, bez względu na wiek, którym przyszło im tego doświadczyć.

Kiedy podejmiemy już decyzję o powrocie do życia na sto procent, czas na porządki. Trzeba usunąć ubrania i rzeczy osobiste zmarłego, zlikwidować pokój, w którym miał gabinet lub spał (znaleźć dla niego nowe zastosowanie), usunąć z piwnicy, strychu i zakamarków jej/jego rzeczy. To może się wydawać brutalne, ale jest konieczne, by duch zmarłego zdał sobie sprawę z tego, że już nie żyje i mógł spokojnie odejść do swojej czasoprzestrzeni, a my uznali nową rzeczywistość i podjęli decyzję o życiu, które od tej pory jest inne, tylko nasze. Zrobienie remontu, czy choćby pomalowanie mieszkania, jest bardzo wskazane, bo pozwala nam na wprowadzenie zmian, które uwzględniają już tylko nasze gusty i potrzeby. Jeśli nas stać, zmieniamy łóżko, na którym spaliśmy razem, materac, lub choćby kupujemy nową pościel i prześcieradło.

Z szacunkiem chylmy głowę przed tym co było, co nas łączyło ze zmarłą osobą, dziękujmy jej za to mentalnie i z całego serca i uwalniamy ją/jego od nas, od konieczności opiekowania się nami. Nie przywołujmy jej, nie módlmy się do niej, puszczajmy wolno, zapewniając ją, że damy sobie radę i jesteśmy gotowi na ten krok. Od tego momentu nie spędzajmy całych dni na cmentarzu, paleniu świec i wymianie kwiatów.

W teraźniejszości tworzymy nową przestrzeń dla nowego i dopiero wtedy jesteśmy gotowi na nowe funkcjonowanie, zadbanie o siebie, docenienie siebie i wzrost poczucia własnej wartości. Póki żyjemy, jesteśmy odpowiedzialni za jakość własnego życia i za energię, którą mamy w sobie i którą emitujemy na zewnątrz siebie.

Małgorzata Przygońska
Uzdrowicielka związków i rodowych relacji.