To cytat z życia wzięty, powtarzany przez kolejne pokolenia. Zachwycił mnie, gdy usłyszałam go ponownie w rozmowie. Czym? Prawdą, prostotą przekazu i mądrością w nim zawartą.  Prawda nie zawsze jest piękna, ale sprowadza nas na właściwe miejsce. Doświadczyłam tego wielokrotnie chcąc namówić, nakłonić, popchnąć czy pociągnąć do zmiany tych, którzy narzekali na swój los i niezadowalający stan w jakim są. Życie jednak nauczyło mnie, że ciągnięcie, podpowiadanie, pchanie, nie działa. Ilość energii włożona w akcję zachęcania kogoś do wyjścia z kryzysu związkowego, zawodowego czy depresji, jest nieadekwatna do efektów. Osoba nie szuka rozwiązań i nie należy tego robić za nią.  Póki sama nie jest spragniona zmiany, póki chce tkwić w stanie jakim jest, narzekać i obwiniać los, to ten stan będzie trwał. Będzie w coraz gorszej sytuacji, a żal do wszechświata stanie się wszechogarniający przemieniając się niepostrzeżenie w złość i agresję, która może być niebezpieczna dla niej samej i najbliższych. Często też słyszę od zatroskanej matki czy ojca o tym, że zachęcają dziecko do terapii, szkoleń czy pomocy specjalisty, a ono nie i nie. Im więcej namów i przekonywań, tym większy opór. Ale ciekawe jest, że zaproszeni na terapię rodzice stawiają jeszcze większy opór nie chcąc zrozumieć, że problemy dziecka, to problemy rodziców. Wszak dziecko, to małe i duże jest stworzone z ich wszystkich jakości. Niesie ciężar za nich. Gdy rodzice nie chcą patrzeć w stronę trudnych doświadczeń w rodzie, zgodzić się na nie i z szacunkiem pochylić głowę przed przodkami, spojrzeć na ich życie, uwikłania i ból ze zrozumieniem, akceptacją i miłością, dziecko nie wyzdrowieje. Czasami syn lub córka choruje lub chce umrzeć za nich…z miłości, widząc, że rodzić nie daje rady. Bywa też tak, że życiowa porażka, (rozwód, strata pracy, niezdany egzamin) powodują takie zwątpienie w siebie, potępienie i ból, że osoba utyka w tym bólu, cierpi  znajdując w cierpieniu chorą satysfakcję, tracąc wraz z kolejną negatywną myślą, wypitym piwem czy awanturą swą moc. Takich scenariuszy widzimy wiele. Co więc możemy zrobić, gdy nas takie widoki przerażają, bulwersują lub smucą? Przede wszystkim dostrzec, że osoba, której to dotyczy nieprzypadkowo jest Twoim rodzicem, dzieckiem, mężem czy sąsiadem. Nieprzypadkowo Cię irytuje, martwi lub przeraża. Jako że sami kreujemy swój los, potrzebujemy zdać sobie sprawę, że to my musimy przejrzeć na oczy i zobaczyć, iż program, który ON, ONA niesie rezonuje z nami. Skoro tak jest, to „coś jest na rzeczy” i to trzeba zobaczyć. Ta osoba jest dla nas lustrem i pokazuje to co mamy w sobie. Uświadomienie sobie programu, który nosimy w sobie, jest pierwszym krokiem ku uzdrowieniu nas samych. Od tego momentu, w którym zaczynamy rozumieć siebie, akceptować siebie, możemy dokonywać świadomych wyborów za życiem i jego pełnią. No i w tym momencie wszystko się zmienia. To my potrzebujemy napić się wody ze źródła mądrości i zająć się sobą. Przyjrzeć się dokładnie programom, które nas poruszyły i zaakceptować to co widzimy w sobie i naszej rodowej historii. Jedynie zgoda na to co zauważyliśmy i pełna akceptacja tego co jest, daje nam szansę na transformację i przemianę.   Potrzebujemy wycofać energię z danej osoby i nie zasilać jej martwieniem się o nią i naszymi lękami. To my musimy zdać sobie sprawę z tego, że lęki nas dotyczą i z nimi sobie poradzić. No i co się stanie, jak my odpuścimy innym, a zajmiemy się sobą?  Zrozumiemy, że wszyscy ze wszystkimi jesteśmy połączeni i że w przestrzeni serca i bezwarunkowej miłości uwolnimy się od każdego negatywnego programu. A co stanie się z sąsiadem, rodzicem, dzieckiem? W cudowny sposób sytuacja się rozwiąże, naprawi, zmieni. Uwalniając siebie, uwalniamy całą ludzkość.!!! To jest ta moc, którą mamy w sobie, a której potęgi nie dostrzegamy. Z miłością Małgorzata Przygońska Ps. Zainteresowanych rozwiązaniem własnych problemów, zapraszam do pracy z uwalnianiem rodowych wzorców i warsztatów Ustawień wg.Berta Hellingera.